Ostatni weekend był wyjątkowy, a noc przed Walentynkami... szczególna, bo oblewaliśmy pępkowe mojego syna, który urodził się trzy dni wcześniej.
Postanowiliśmy z tej radości pójść na bal maskowy do Il Gusto. Błąd! Pół Wrocławia na to wpadło i nie było szans na wejście. Zarządzilem odwrót.
Panowie, maski w dłoń, nie chcieli nas w Il Gusto, zechcą gdzie indziej!

Pokręciliśmy się tu i tam, wreszcie zawróciliśmy do Lemoniady, gdzie muzyka i atmosfera były zdecydowanie lepsze. Lemoniadę lubię za klimatyczną i dobrze zapodaną muzę (według jakiegoś babskiego pisemka Lemoniada to klubowa wizytówka Wrocławia, no - ja bym się pohamował z entuzjazmem - w końcu jest to ponad 200 knajp, ale wszechmocna reklama...) i świetnie zorganizowane bary. No i za ten luźny klimacik.Ludzie po prostu dobrze się bawią. Co zresztą widać...

Po odpowiedniej porcji... lemoniady postanowiliśmy wpaść do H2O o zacnej porze , bo około trzeciej, no - ale tam na widok aparatu wyłączają muzykę i zapalają wszystkie światła…Szkoda, bo na dancefloorach dużo się działo.
Ale, nie odstraszyło to nas, pochowalismy aparaty i nawadnialiśmy się do rana.
Kiedy jako szczęśliwy ojciec wracałem po siódmej do domu, po szynach zgrzytały tramwaje a pierwsi emeryci szli na mszę.
